wardrobe upgrades

via Margaret Howell

Patrząc na listę rzeczy, które obecnie posiadam wnioskuję, że koniec etapu pozbywania się wszystkiego jest bliski. Teraz czas na przyjemniejszą, ale i kosztowniejszą rzecz - wymiana części garderoby (niestety musiałam ocalić wiele rzeczy, za którymi szczególnie nie przepadam). Kupiłam już kilka rzeczy (części dzięki zyskom ze sprzedaży starych;) - kolor zielony na liście - i niestety już na tym etapie nie udało mi się uniknąć kilku błędów. Skupmy się teraz na kolorze żółtym - przedmioty, co do których nie jestem przekonana oraz fioletowym - rzeczy, które chcę mieć, ale niestety muszą zostać wymienione na bliższe doskonałości modele.
To dziwne, ale mimo tego, że właściwie powinnam teraz "odczuć brak odzieży" i zacząć narzekać, że nie mam się w co ubrać, jakimś dziwnym trafem o wiele łatwiej mi to teraz przychodzi. Pamiętam, kiedy jeszcze w czasach szkolnych obserwowałam dziewczyny, które jakoś niespecjalnie przepadały za modą i nosiły rzeczy proste, zupełnie niewpisujące się w aktualne trendy. Chyba już wtedy miałam ochotę trochę zmodyfikować swoje podejście do kwestii ubioru, ale zamiłowanie do "udziwnień" było silniejsze. Nie chciałabym też wyglądać jak stereotypowa pani z biblioteki. Na szczęście codziennie znajduję mnóstwo inspiracji, które nie pozwalają mi zboczyć na złą drogę i udowadniają, że minimalizm jest tym, czego potrzebuję, mimo chwilowego uwielbienia dla kolorów, wzorów itp.
Na koniec małe ogłoszenie: jeżeli szukacie zamszowych kowbojskich butów w rozmiarze 39 zapraszam TUTAJ.

fragments of my life



























 Nie lubię wpisów z dużą ilością zdjęć więc dzisiejsze trzy to już prawdziwe szaleństwo. Szaleństwem jest też chyba sporządzenie listy wszystkich posiadanych przez siebie części garderoby. Ostatecznie jednak uznałam, że lista to konieczność, gdyż ma znacznie ułatwić życie (zwłaszcza gdy zostanie opublikowana na łamach bloga). Szaleństwem jest również noszenie wzorzystych rajstop (jeżeli zwykle nosi się gładkie), jednak wzór jest na tyle ciekawy (coś pomiędzy strukturą płatka śniegu, a wzorami karcianymi), że ulegam pokusie.


What I wore today: marks&spencer breton top | zara sailor coat | levante tights | house denim skirt | nucelle boston bag | skopunkten boots




the art of wardrobe building

via worn-in-perfection

Czy 35 par butów to dużo? Dla niektórych z pewnością (?) tak, dla innych zdecydowanie zbyt mało. Są przecież ludzie, którzy przechowują w szafie buty, których nigdy nie mieli okazji nosić. Kupują - bo są ładne, bo są tanie, przecenione. A co myślicie o 35 sztukach odzieży? Zakupy 5 razy w roku? Cała szafa mieszcząca się w jednej walizce?
Takie myśli kołaczą w mojej głowie od kilku lat - w końcu jestem radykałem, dla mnie dążenie do ubraniowej perfekcji, to nie tylko umiejętnie skomponowany zestaw, to zbiór rzeczy, które można układać w dowolne kombinacje i zawsze wszystko będzie do siebie pasowało. To wolność umysłu od problemów związanych z doborem odzieży, a także uwolnienie się od żądzy posiadania. 
Dobrze, pewnie teraz kilka osób zastanawia się czy przypadkiem nie zwariowałam. Sądzę, że nie. Dojrzewałam do tej decyzji od dawna i całkiem niedawno odkryłam bloga dziewczyny, która jest podobnym "dziwakiem" do mnie. Właśnie pozbyłam się większości rzeczy. Część wystawiłam na sprzedaż, cześć wyrzuciłam i - od razu się przyznaję -  największą część po prostu schowałam, bo nie potrafiłam się jeszcze całkiem z nimi rozstać. Nie wiem ile tak właściwie ubrań oszczędziłam, ale wiem, że ofiar będzie więcej. Te, które przetrwają będę starała się zastępować rzeczami, które lepiej na mnie leżą, nie mają przypadkowego koloru i są wykonane z dobrych materiałów. Niestety nie sądzę by w najbliższym czasie w mojej szafie pojawiła się Isabel Marant, ale istnieje przecież wiele sklepów oferujących odzież dobrej jakości w bardziej przystępnej cenie. Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną i będziecie wspierać mój mały eksperyment modowy ;)